?

Log in

Sat, Apr. 3rd, 2010, 05:05 pm
Teksty z fikatonu

Texts written for Fikaton. Fandoms: Pitbull, Sherlock Holmes, HP/figure skating crossover, Seventeen Moments of Spring, Batman, Batman/Iron Man/X-Men Origin: Wolverine Gambit crossover, Without a Trace/figure skating crossover. 3197 words in total.

Teksty z Fikatonu #8. Na pisanie miałam tak od 20 minut do godziny, względnie półtorej, dziennie, więc wyszło jak wyszło. Rozbudowanego tekstu z zagadką kryminalną, będącego crossoverem Without a Trace i łyżwiarstwa figurowego napisać mi się ostatecznie nie udało, a szkoda.

Miałam zamiar pisać do Sherlocka Holmesa. Zamiar oczywiście diabli wzięli, i to już pierwszego dnia, ale ostatecznie nie narzekam.

Tę edycję sponsorował Johnny Weir, chociaż wcale o tym nie wie.

fandom: Pitbull
ilość słów: 276
postaci: Despero, Gebels, Igor, Nielat, Monika
spojlery: brak
uwagi: prawdopodobnie pisząc ten tekst coś myślałam, ale nie ręczę za to. Prompt lawiny skojarzeń jakoś nie wywołał.


No i cała robota poszła w kibel

— No i cała robota poszła w kibel – rzucił Despero z wściekłością, wchodząc do biura. Trzasnął za sobą drzwiami tak mocno, że aż szyby zadzwoniły w oknach.
Gebels nic nie powiedział, tylko zerknął na niego sponad klawiatury archaicznego komputera, w którym najszybszy był wiatraczek. Igor spokojnie zalał wrzątkiem herbatę. Nielat i Monika wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Mieli najkrótszy staż w ekipie, ale co nieco już wiedzieli o panujących realiach i układach.
Na dzisiejszej porannej odprawie przełożony poinformował ich, że zostaje im odebrana sprawa, nad którą pracowali od miesięcy. Nie było żadnych wyjaśnień czy uzasadnienia. Po prostu postawił ich przed faktem dokonanym i poradził, by zajęli się pozostałymi śledztwami, które były w toku.
Barszczyk, w przeciwieństwie do nich, coś tam wiedział, ale nagabnięty przez Gebelsa jak zwykle pieprzył od rzeczy i nic konkretnego z siebie nie wydusił. Zniechęceni i zirytowani, nie mieli ochoty wnikać w szczegóły. Mieli mnóstwo innej roboty. Tylko Despero, wściekły, poleciał się kłócić.
— No i co się dowiedziałeś? – nie wytrzymał wreszcie Nielat.
— Gówno – odparł grzecznie Despero, siadając za biurkiem. Po chwili, gdy już ochłonął, dodał: – Wychodzi na to, że przez ostatnie pół roku nic nie robiliśmy.
— Cebosie to zgarnęli? – zapytał Gebels retorycznie, nie odrywając wzroku od ekranu monitora.
Despero tylko ponuro skinął głową.
Igor dosypał sobie do herbaty łyżeczkę cukru. Płaską. Trzeba było oszczędzać, bo góra przycięła fundusze na dobra luksusowe. Monika i Nielat zajęli się uzupełnianiem papierów. Najgorsza robota spadała na najmłodszych stażem. Gebels wrócił do mozolnego stukania w klawiaturę komputera. Nikt nic nie powiedział. Wszystko było jasne. Zaszczyty zgarnie ktoś inny. Pewnie wkrótce przeczytają w gazetach o kolejnym sukcesie CBŚu.
A oni?
Może w drodze wyjątkowej szczodrości dostaną w tym miesiącu 50 zł premii.


fandom: Sherlock Holmes
ilość słów: 1584
postaci: Sherlock Holmes, doktor Watson, inspektor Lestrade
spojlery: brak
pairing: Holmes/Watson (sugerowany)
uwagi: motywy klasyczne, czyli robienie wała z Lestrade'a i inne motywy w postaci nawiązań do różnych adaptacji Holmesa.


W czym problem, Lestrade?

— Co sprowadza cię do nas w ten piękny dzień, Lestrade? W czym problem? — zapytał Sherlock Holmes tonem, którego inspektor serdecznie nie znosił. Uwadze Lestrade’a nie uszło, że Holmes zachowywał się nieco dziwnie. Był nadmiernie ożywiony i niemal jowialny, co ze zrozumiałych względów wzbudzało w inspektorze silne zaniepokojenie.
Doktor Watson tylko westchnął i wymownie wzniósł oczy w górę. Sprawiał wrażenie kompletnie zażenowanego zachowaniem Holmesa.
Gdyby Lestrade był bystrzejszym obserwatorem bez wątpienia dostrzegłby stojącą na biurku buteleczkę po siedmioprocentowym roztworze kokainy.
Pustą.
— Jeżeli chce się pan ze mnie naigrywać, panie Holmes... — zaczął inspektor z urazą, nerwowo obracając w dłoniach swój kapelusz. Zrobił taki ruch, jakby miał zamiar odwrócić się i wyjść, by z godnością opuścić salon domu przy Baker Street 221B.
— Ależ skąd, Lestrade! — Holmes zerwał się z fotela tak szybkim ruchem, że inspektor miał wrażenie, że zaraz się na niego rzuci. — Proszę się rozgościć.
W jednej chwili inspektor został pozbawiony płaszcza oraz kapelusza i usadzony w fotelu przy kominku (tym, w którym zwykle siadał Holmes). Dostał filiżankę herbaty i cygaro. Holmes zasiadł w drugim fotelu naprzeciwko niego, mierząc go bacznym spojrzeniem. Watson przysiadł na kanapie z notesem i ołówkiem w ręku.
Inspektor, nieco udobruchany, upił łyk herbaty i zaczął:
— Chodzi o zaginięcie niedźwiedzia.
— O, to ciekawe — zainteresował się Watson. — Z londyńskiego zoo?
— Konkretnie to z teatru.
— Czyżby znowu jakieś ekscesy w Royal Theatre?
Tamtejsze sztuki znane były z przerostu formy nad treścią, innymi słowy stawiono na efektowność. Podczas jednego z przedstawień prezentowano nie tylko zderzenie pociągów, ale i konne wyścigi z wykorzystaniem tuzina prawdziwych wierzchowców. Nikogo nie zdziwiłaby obecność niedźwiedzia na scenie.
— Ach, nie — odparł Lestrade. — Chodzi o aktora, który grał niedźwiedzia. W Greenwich Theatre. Zniknął bez śladu w niedzielę. Niejaki John Leid.
Holmes powoli skinął głową, nie wygłaszając żadnego komentarza. Najwyraźniej czekał na szczegóły.
— Zauważono jego nieobecność tuż przed popołudniowym przedstawieniem. Jego garderoba była pusta, kostium wisiał na miejscu. Wszystko wyglądało normalnie.
— Nic zauważano nic podejrzanego? — mruknął Holmes.
— W istocie — potwierdził inspektor.
— Nie ma co tracić czasu. Watsonie, idziemy! — Holmes zerwał się z kanapy.
Inspektor zerwał się również, nie dopijając herbaty.
Cygaro schował na później.

*

Nic nie wskazywało na to, że Greenwich Theater wydarzyło się coś strasznego. Dyrektor był co prawda nieco zaniepokojony, ale widać było, że bardziej martwi go konieczność znalezienia dublera dla niedźwiedzia niż samo zaginięcie pracownika.
— To był taki spokojny człowiek — mówił dyrektor. — Cichy, zamknięty w sobie. Pracował u nas od lat. I był świetny w roli niedźwiedzia, dzieciaki go uwielbiały.
— Od jak dawna wystawiają państwo to przedstawienie? — zapytał Watson, pilnie notując.
— Będzie już dziesiąty rok. Trzy razy w tygodniu..
Holmes nawet nie udawał, że słucha. Lestrade podejrzliwie śledził poczynania detektywa, który zamieniwszy ledwie parę słów z dyrektorem od razu skierował się na zaplecze. Lestrade po chwili wahania ruszył za nim. Holmes zdążył już zajrzeć za kurtynę i obejrzeć magazyn z dekoracjami.
— Można wiedzieć, co pan robi? — zapytał Lestrade z wymuszoną grzecznością.
Holmes nie odpowiedział na pytanie.
— Garderoba zaginionego znajduje się...? — zawiesił głos.
— Na końcu korytarza — wycedził Lestrade.
Holmes ruszył przed siebie, nawet nie oglądając się na inspektora. Lestrade postanowił, że tym razem nie odstąpi go nawet na krok i będzie cały czas patrzeć mu na ręce.
Na korytarzu minęli bladolicego, wysokiego mężczyznę w obszernej czarnej pelerynie. Zaraz miały zacząć się przedpołudniowe próby. Lestrade aż się za nim obejrzał. Osobnik wyglądał jak najprawdziwszy wampir. Nie patrzył, gdzie idzie i zapewne dlatego o mało co nie wpadł na drugiego aktora, w długim płaszczu z futrzanym kołnierzem i meloniku. Ten z kolei miał przenikliwe spojrzenie i haczykowaty nos. Lestrade wymamrotał jakieś przeprosiny i odsunął się na bok. Wydawało mu się, że ten drugi aktor był bardzo podobny do Holmesa.
Tymczasem detektyw rozmawiał już portierem, który z polecenia dyrektora pilnował, by nikt niepowołany nie wchodził do garderoby.
— Mam nadzieję, że niczego nie ruszano — powiedział Holmes.
— Ach, nie — odparł portier. — Bo widzi pan, panie Holmes, ja czytam wszystkie historie doktora Watsona, te, no wie pan, co ukazują się w „Strandzie”, co miesiąc, razem z żoną czytamy, wszystkie odcinki, no i wiem, że nic nie wolno ruszać na miejscu zbrodni, o! — Uniósł w górę palec, uśmiechając się szeroko. — Tylko wie pan, panie Holmes... — zniżył głos do szeptu.
Holmes lekko uniósł brwi, oczekując jakiegoś dramatycznego wyznania.
— No, ja myślałem, że jest pan wyższy — przyznał portier z zakłopotaniem.
Holmes pozwolił sobie na oszczędny, wyrozumiały uśmiech, jednocześnie myśląc sobie coś bardzo nieprzychylnego o wydawcy „Strandu”, zwłaszcza jeżeli chodziło o dobór ilustratorów, i zabrał się do oględzin niewielkiej garderoby.
Na półeczce pod lustrem leżały przybory do makijażu, na wieszaku wisiał kosmaty kostium niedźwiedzia.
Lestrade stał w progu, bacznie przyglądając się co robi Holmes. A w zasadzie czego nie robi. Nie czołgał się po podłodze w poszukiwaniu śladów, ani nie przetrząsał zawartości szafy. Przyjrzał się tylko uważnie przedmiotem leżącym na toaletce, zerknął na podłogę w okolicach krzesła i obmacał futro niedźwiedzia wiszące na wieszaku z kostiumami, stojącym obok szafy.
Inspektor nie zauważył, że detektywowi błysnęło w oku na widok czegoś, co dostrzegł w jednym z kątów pomieszczenia. Lestrade, rzecz jasna, spostrzegł, że pomieszczenie ma kąty, ale że w jednym z nich coś leży – już nie.
— I? — nie wytrzymał Lestrade. — Dostrzegł pan coś, panie Holmes? — zapytał, wedle swojej maniery lekko przeciągając samogłoskę „o”.
Holmes tylko uśmiechnął się pod nosem i bez słowa minął inspektora, wychodząc z garderoby. Lestrade wahał się przez chwilę, nie wiedząc, czy udać się za nim. Po namyśle wyprosił portiera za drzwi, zamknął je i rzucił się do oglądania futra niedźwiedzia.

*

Holmes powoli szedł korytarzem na zapleczu teatru. Zajęty był rozmyślaniem, nie zauważył więc niebezpieczeństwa. Zza rogu wychynął wróg.
— Och! Ja pana ZNAM!
Holmes drgnął. Tuż obok pojawiła się kobieta. Niezbyt urodziwa, co dało się dostrzec pomimo grubej warstwy makijażu. Miała na sobie strój baletnicy.
— Pan House, ten słynny detektyw!
— Holmes — odparł Holmes przez zaciśnięte zęby z wymuszonym uśmiechem.
— Jejku, prawie pana nie poznałam, bo nie ma pan tego swojego stroju roboczego.
Co tym razem Holmes pomyślał sobie o ilustratorach Strandu lepiej było nie precyzować. Po chwili uświadomił sobie, że kobieta coś do niego mówi.
— To może gdzieś się wybierzemy razem? — wymruczała, wieszając się na jego ramieniu.
Holmes zdrętwiał.
Potrafił sobie poradzić z Moriartym, Arsenem Lupinem i nawet Kubą Rozpruwaczem.
Prawdopodobnie poradziłby sobie z nimi wszystkimi naraz.
Ale nie z kobietą.
Zwłaszcza nachalną kobietą.
— To raczej... niemożliwe — wykrztusił Holmes.
— Och, niech pan nie będzie takie nieprzystępny. — Zatrzepotała rzęsami i uśmiechnęła się drapieżnie, niczym harpia, która dopadła ofiarę.

*

Watson spisał zeznania dyrektora, portiera, sprzątaczki i kilku aktorów, którzy się napatoczyli po drodze. Miał zamiar zagadnąć jeszcze kobietę, która rozmawiała przed chwilą z Holmesem, ale ta tylko obrzuciła go jakimś dziwnym spojrzeniem i ominęła szerokim łukiem, pośpiesznie odchodząc.
— Co chciała tamta kobieta? — zapytał Watson.
— Umówić się ze mną — odparł Holmes.
— O, i co sprawiło, że od tego odstąpiła? — zapytał Watson, ukrywając uśmiech.
— Wyjaśniłem, że to niestety, niemożliwe z pewnych względów...
— Jakich względów? — zapytał Watson podejrzliwie.
— Znalazłem dobre usprawiedliwienie — odparł Holmes wymijająco.
— Co jej powiedziałeś? — zapytał Watson z naciskiem, mając jakieś złe przeczucia.
— Że jestem kawalerem... żyjącym z innym kawalerem od wielu lat. Bardzo szczęśliwych lat.
Watson przez chwilę analizował zasłyszane informacje. I nagle zrozumiał, co zasugerował Holmes...
— To znaczy, że ona pomyślała, że ty i ja... — urwał.
Holmes tylko skinął głową, uśmiechając się przepraszająco. Watson osłupiał.
— Nie mogłeś jej powiedzieć, że żyjesz szczęśliwie z Lestrade’em?! — zapytał, gdy już nieco doszedł do siebie.
— Kiedy Lestrade z nami nie mieszka. I ma żonę.
— Żonę, której nikt nigdy nie widział! Na miłość boską, jak mogłeś powiedzieć coś takiego, Holmesie! Już słyszę te straszne plotki! — Watson złapał się za głowę.
— To był jedyny sposób, żeby pozbyć się tej kobiety... — wyjaśnił Holmes. — Nie urażając jej uczuć.
— A moje uczucia?!
Holmes nic nie odpowiedział. Watson oprzytomniał dopiero wtedy, gdy znaleźli się na zewnątrz.
— Co dalej ze sprawą? — zapytał wreszcie, starając się nie myśleć o strasznych konsekwencjach, jakie mogły mieć lekkomyślne słowa Holmesa.
— Cóż, nic tu po nas. Co powiesz na krótki spacer po Greenwich, skoro tu już jesteśmy Watsonie? — zaproponował Holmes i ruszył uliczką w kierunku Tamizy.
— Ale... co z Leidem? — dopytywał się Watson.
— Chyba wszystko jasne, prawda? — odparł detektyw pytaniem na pytanie, uśmiechając się lekko.
— Nie rozumiem. — Watson zmarszczył brwi.
— Sądzę, że nigdy już nie usłyszymy o Johnie Leidzie.
— Mój Boże, czyżby ten nieszczęśnik popełnił samobójstwo? Może rzucił się do Tamizy?
— Watsonie, nic z tych rzeczy. Wręcz przeciwnie, sądzę, że ma się lepiej niż kiedykolwiek. Doktor dalej spoglądał na niego pytającym wzrokiem. Holmes przystanął przy nabrzeżu, przy którym cumowała „Cutty Sark”. Przez chwilę przyglądał się pięknej sylwetce żaglowca, nim postanowił wreszcie udzielić wyjaśnień. Ostatecznie Watson zasługiwał na drobne zadośćuczynienie po tym, co się dzisiaj wydarzyło.
— Oglądając garderobę od razu zwróciłem uwagę na to, że brakuje śladów wskazujących na udział osób trzecich. Krzesło było odsunięte, ale nie przewrócone. Natomiast w kącie leżała szminka używana przy nakładaniu teatralnego makijażu. Tak jakby ją odrzucono w porywie złości. Cóż, odpowiedź jest oczywista, Watsonie. Nasz przyjaciel Leid grał niedźwiedzia od dziesięciu lat. Ta sama rola trzy razy w tygodniu, pomyśl tylko. Ciągle to samo! Wobec tego dedukuję, że miał tego wszystkiego zwyczajnie dosyć...
Watson przez chwilę analizował zasłyszane informacje.
— To faktycznie brzmi bardzo prawdopodobnie, Holmesie — przyznał. Przemknęło mu przez myśl, że kolejnej historii do „Strandu” raczej z tego nie będzie. Chyba, że trochę podkoloryzuje się to i owo. Doda tragiczny romans i porwanie. I może jeszcze samobójstwo. Uśmiechnął się do własnych myśli i całą drogą powrotną w pociągu spędził na szkicowaniu zarysu fabuły. Holmes dość dobrze symulował, że wcale nie zagląda mu przez ramię.
Obydwaj zupełnie zapomnieli o Lestradzie.
Nie wiedzieli, że inspektor wciąż jeszcze znajdował się w garderobie Leida i bacznie oglądał futro niedźwiedzia, szukając śladów.
Jakichkolwiek.


fandom: HP/łyżwiarstwo figurowe (crossover)
ilość słów: 242
postaci: Severus Snape i jego druga osobowość
spojlery: brak
uwagi: aż się prosi, żeby jakąś ilustrację do tego zrobić


Największa tajemnica

To była największa tajemnica Severusa. Gdyby ktoś się o niej dowiedział, byłby skończony. Jego nauczycielski autorytet ległby w gruzach, członkowstwo w Zakonie Feniksa zostałoby zawieszone, a przynależność do grona Śmierciożerców... No cóż, w najlepszym przypadku drodzy współśmierciożercy nabijaliby się z niego do końca życia. Co z tego, że zapewne tego życia nie pozostało mu za wiele.
Skrywał ten sekret głębiej, niż powód dla którego przeszedł na stronę Zakonu. Nawet Dumbledore nie miał pojęcia, czym zajmuje się jego Mistrz Eliksirów, gdy od czasu od czasu znikał po południu, zaraz po odpracowaniu oficjalnych obowiązków, albo przepadał bez śladu na całe weekendy.
No, może Fawkes został w pewien sposób zaangażowany, bo przez manię Severusa stracił kilka piór. Ale Mistrz Eliksirów potrzebował ich bardziej niż feniks. W końcu odpowiednia prezencja była bardzo istotnym elementem jego... zajęcia.
Usiłował tłumaczyć się sam przed sobą, że to właściwie nie on, a jego inna osobowość oddaje się temu... hobby. Lepiej było to nazwać właśnie tak.
Wkrótce sam trening przestał mu wystarczać. Zaczął brać udział w amatorskich zawodach, oczywiście po uprzednim zastosowaniu Eliksiru Wielosokowego. Przybrał też pseudonim: Johnny Jewgienij Lysaczek. Dzięki temu nikt nie miał prawa go rozpoznać.
I to Johnny Jewgienij Lysaczek nosił czarne, obcisłe kostiumy przystrojone piórami feniksa albo srebrnymi wężami. Niektóre nawet gdzieniegdzie prześwitujące, tak że było widać seksowną klatę.
Skakał potrójne aksle, toeloopy i flipy.
Kręcił piruety i wykonywał sekwencje kroków.
W wolnych chwilach Mistrz Eliksirów oddawał się swojej największej pasji.
Było nią łyżwiarstwo figurowe.


fandom: Siedemnaście mgnien wiosny
ilość słów: 112
postaci: Stirlitz, mimouch
spojlery: brak
uwagi: no i wreszcie na tym fikatoni i Stirlitzowi się dostało


Materiał poglądowy:
Stirlitz
Mimouch
Ani Stirlitz, ani mimouch


Jeż, pomyślał Stirlitz

Strilitz szedł przez ciemny las.
A właściwie nie tyle szedł, co przekradał się od drzewa od drzewa, starając nie rzucać się w oczy. Nie wiadomo po co, skoro w promieniu co najmniej kilkunastu kilometrów nie było żywego ducha.
Nagle usłyszał jakiś szelest. Stirlitz zamarł w pół kroku, w momencie przeskakiwania od świerku do brzozy, w pozie łyżwiarza figurowego wykonującego arabeskę.
Zza krzaka wychynęło jakieś małe zwierzątko. Zwykły człowiek zapewne w ogóle by go nie zauważył, ale Stirlitz nie był zwykłym człowiekiem. Stirlitz widział w ciemnościach i posiadał niezwykle przenikliwy umysł. Toteż dostrzegłszy zwierzę, natychmiast je rozpoznał.
„Jeż” — pomyślał Stirlitz i przemknął za brzozę.
„Sam jesteś jeż” — pomyślał mimouch. I też przemknął.
Mimouchem.


fandom: Batman
ilość słów: 192
postaci: Batman, Joker, Poison Ivy, Harley Quinn, Two-Face
spojlery: brak
uwagi: tekst mówi sam za siebie, nic więcej dodawać nie trzeba.


Pst, pst, Gacku, podejdź bliżej, to powiem ci coś na uszko

— Pst, pst, Gacku, podejdź bliżej, to powiem ci coś na uszko. — Joker uśmiechnął się szeroko. Przywarł do pancernej szyby i nie odrywając wzroku od Batmana powoli ją polizał.
Mroczny Rycerz nie zareagował.
Joker zrobił smutną minę, zwieszając ramiona. Po chwili zaczął podskakiwać, wymachując rękami.
— ...moja piękna, tak ślicznie rośniesz... Niedługo będzie ci potrzebna większa doniczka. — Z celi obok dobiegał melodyjny głos Poison Ivy, rozmawiającej z jedną ze swoich roślinek.
— Wiesz co, Ruda, tak szczerze mówiąc to gdybym ja była takim kwiatkiem to chyba bym ześwirowała — usłyszał głos Harley Quinn. — Popełniłabym samobójstwo wyskakując z doniczki — dokończyła i roześmiała się głośno z własnego dowcipu.
— Moneta... oddajcie mi moją monetę... — Two-Face, zajmujący celę obok Jokera, znów majaczył we śnie.
Joker ponownie zaczął stroić miny. Kiedy nie przyniosło to żadnego rezultatu, usiłował zwrócić uwagę Batmana stając na głowie.
Batman przymknął oczy.
Znał dobrze ten koszmar.
Azyl Arkham.
Cela naprzeciwko Jokera.
Poczucie bezradności i świadomość, że po tym, co się stało, nie ma już odwrotu. Przekroczył niewidzialną granicę i nikt nie mógł mu już pomóc.
Zawsze budził się zlany potem, z ulgą, że był to tylko sen.
Ale tym razem było inaczej.
Dzisiaj koszmar stał się rzeczywistością.


fandom: Batman/Iron Man/X-Men Origin: Wolverine Gambit crossover
ilość słów: 414
postaci: Batman, Iron Man, Gambit i kilka innych postaci gościnnie
spojlery: brak
uwagi: rozwinięcie pomysłu z tego rysunku: Heroes after hours. Jak to zwykle bywa oryginał jest lepszy.


I jak leci, mes amis?

— I jak leci, mes amis? — zapytał Gambit, zręcznie tasując karty.
Batman nic nie odpowiedział, w milczeniu zajmując swoje miejsce.
— Jakoś leci — odparł Iron Man, czekając aż obsługa lokalu zamieni wątłe krzesło na bardziej stabilne siedzisko, które było w stanie wytrzymać ciężar jego zbroi. Dopiero wtedy ostrożnie usiadł.
W środowy wieczór w Klubie dla Superbohaterów nie było zbyt tłoczno. Przy stoliku w ciemnym kącie Wolverine z ponurą miną pociągał piwo. Przy barze Flash zamęczał swoim gadulstwem Ghost Ridera. Spider-man wisiał pod sufitem i popijał koktajl. Mleczny. Przy stoliku w głębi siedzieli Tigra i Green Arrow.
— Co dla panów? — zapytał kelner, który bezszelestnie pojawił się przy stoliku.
— Woda — rzekł krótko Batman.
— Dla mnie sok pomarańczowy — powiedział Iron Man.
— Abstynenci się znaleźli... — mruknął pod nosem Gambit. — Wino poproszę.
Kelner zniknął z pola widzenia, by po chwili wrócić z zamówionymi napojami.
— To jak, gramy? — Gambit zaczął rozdawać karty.
W tle leciała muzyka disco. Podkład był akurat odpowiedni – właśnie zaczął się kawałek Lady Gagi „Poker Face”.
Spotykali się tutaj co jakiś czas, by w ramach odstresowywania się od ogólnie niebezpiecznego i wyczerpującego życia superbohaterów pograć w pokera.
Dla Gambita gra z tą dwójką była pewnym wyzwaniem. Oblicze Batmana było zawsze nieprzeniknione, niemożliwe do odczytania. No, może tylko raz coś drgnęło w nim, gdy otrzymał Jokera. Iron Man skrywał twarz za maską zbroi, co wykluczało rozpoznanie jakichkolwiek emocji.
Pierwszy posiadał analityczny umysł. Drugi miał do pomocy komputer. A Gambit talent, instynkt, lata praktyki i zręczne dłonie.
Szanse były więc mniej więcej wyrównane.
Dwie rozdania później (obydwa wygrane przez Gambita) Cajun zwrócił uwagę, że ktoś się im intensywnie przygląda.
— Znasz tamtą kobietę, mon frère? Tę stojącą przy barze — zagadnął Gambit — Patrzy się w twoją stronę...
Batman dyskretnie spojrzał. I natychmiast poczerwieniał, co dało się dostrzec nawet pomimo panującego w lokalu półmroku.
— Trochę... — przyznał.
— To Wonder Woman — wyjaśnił Iron Man.
— Ach, więc to jest Wonder Woman — Cajun uśmiechnął się i mrugnął znacząco do Batmana.
Mroczny Rycerz udawał, że absorbują go wyłącznie jego karty.
Wieczór płynął miło i szybko przerodził się w noc. Skończyli dopiero nad ranem.
Iron Man i Batman jak zwykle spłukani do czysta.
— To jest niemożliwe — powiedział Iron Man, z niedowierzaniem spoglądając na stół. W ostatnim rozdaniu miał dwie dwójki.
Batman miał strita.
A Gambit wyłożył fulla i zgarnął całą pulę.
— Musisz oszukiwać! To niemożliwe, by wygrywać prawie każde rozdanie.
Batman nie skomentował.
Gambit zgarnął wygraną gotówkę i uśmiechnął się zadziornie, przekładając karty.
Mes amis... Musicie pogodzić się z prawdą — oświadczył. — Jestem po prostu najlepszy.


fandom: Bez śladu (Without a trace)/łyżwiarstwo figurowe
ilość słów: 347
postaci: Samantha Spade, Elena Delgado, Martin Fitzgerald, Danny Taylor, Johnny Weir, Evan Lysaczek, Jewgienij Pluszczenko wspomniani.
spojlery: brak
uwagi: Wszyscy bohaterowie są oczywiście OOC, za to Johnny-roślinka istnieje naprawdę, ale nie jest difenbahią, tylko kwiatkiem o nieustalonej na razie przynależności gatunkowej. Ostatnio dostał nową doniczkę i, miejmy nadzieję, spodoba mu się w ziemi i urośnie.


Różowy gorset i Mangusta

— ...zdecydowanie został za nisko oceniony...
— ...przecież świetnie pojechał...
— Może odjęli mu za kostium?
— A mnie się ten kostium podobał.
— Ale to fatalnie, że nie jedzie na mistrzostwa...
— Mangusty nie będzie, różowego gorsetu nie będzie... To komu będziemy kibicować?
— Jeszcze Pluszczak zostaje...
Przy Pluszczaku Martin nie wytrzymał. Oderwał wzrok od monitora komputera i spojrzał na swoje współpracowniczki. Od jakiegoś czasu Samantha i Elena zachowywały się co najmniej podejrzanie.
— Czy mogę zapytać o czym wy rozmawiacie? — zapytał niemal z rozpaczą.
— O łyżwiarstwie figurowym — wyjaśniła Samantha.
Siedzący przy biurku naprzeciwko Martina Danny parsknął cichym śmiechem, widząc zdziwioną minę swojego kolegi.
— Aha — odparł Martin mało inteligentnie. — I to jest takie fascynujące?
Elena i Samantha wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, uśmiechając się lekko.
— Jest — oświadczyła Elena. — Zwłaszcza występy solistów.
— No dobra, a te mangusty i gorsety...? — drążył dalej Martin.
— Gorset to Johnny Weir. Lubi oryginalne stroje w krzykliwych kolorach. A Mangusta to Evan Lysaczek — powiedziała Elena.
— Wygrał złoty medal na tegorocznych igrzyskach — wtrącił Danny. Najwyraźniej był lepiej poinformowany niż Martin. — Ale szczerze mówiąc to nie wiem skąd się wzięła ta Mangusta...
— Weir tak go przezywa... Po tym jak tamten nazwał go łabędziem — wyjaśniła Samantha. — A właśnie, widziałaś ostatni odcinek „Be good Johnny Weir”? — zwróciła się do Eleny.
— Pewnie! — odparła agentka Delgado z ożywieniem. — Świetnie mówił po rosyjsku!
I po chwili pogrążyły się w rozmowie na temat reality show. Do Martina dotarło coś jeszcze o wannie, futrach i matrioszkach, ale wolał się już o nic nie dopytywać. Prawie doszedł do równowagi i nawet udało mu się przez chwilę skupić na pracy, gdy padł kolejny komunikat, który nim wstrząsnął.
— Chyba pora podlać Johnny’ego — usłyszał głos Samanthy.
Przez chwilę usiłował zrozumieć, dlaczego Johnny Weir miałby wymagać podlewania. Obejrzał się przez ramię na Samanthę i jego wzrok padł na difenbahię, stojącą na biurku agentki Spade. Samantha właśnie sprawdzała palcem ziemię w doniczce. Najwidoczniej jej kwiatek został nazwany imieniem ulubionego łyżwiarza. Na swoje szczęście nie wiedział, że kalatea i zamiokulkas zamiolistny stojące na oknie obok biurka Eleny noszą imiona Evan i Jewgienij.
— Mamy dzisiaj wyjątkowo spokojny dzień — zauważyła Samantha, podlewając kwiatka. — To jak, oglądamy na przerwie Poker Face na YouTube...?